środa, 20 kwietnia 2016

Dlaczego wzięłam psa ze schroniska?



Od zawsze kochałam psy. Całe życie te 4 łapy gdzieś szwendały się koło mnie. Najpierw w postaci dobermana, potem zastąpiła go mieszanka beagle z jamnikiem. Jednak przyszło mi wyprowadzić się z domu rodzinnego i znów zostałam sama. Oczywiście taki stan rzeczy nie mógł długo potrwać.


Podróż do schroniska 


Bałam się, że nie dam rady. Bałam się, że jak spojrzę tym wszystkim biedakom w oczy, to nie będę w stanie wybrać tylko tego jednego, a resztę zostawić, że nie wytrzymam tego szczekania i błagalnego „weź mnie!”. Jednak silna babka jestem. Weszłam tam, zobaczyłam i… zmieniłam nastawienie. Wiedziałam, że zmienię los chociaż jednego psiaka. Nie mogłam mu tego zrobić, uciekając, gdzie pieprz rośnie.

Tak trafił nam się Moro. Prawie-Mąż wyhaczył go na stronie schroniska. Pojechaliśmy na zwiady, poprosiliśmy o przyprowadzenie psa. Na początku byłam trochę sceptyczna, bo Moro był dość sporym owczarkiem i bałam się, czy 47 metrów kwadratowych mieszkania będzie dla niego wystarczające. Poza tym był już 10-letnim staruszkiem. Jednak gdy go zobaczyliśmy, moje obawy minęły. Był idealny, chodził ładnie na smyczy, spokojny, nie szczekał. No i z nami pojechał.

Cześć, przytulaj mnie!

Pies w domu


Na początku bałam się jak cholera. Wiecie, pies wielki, ważył (wtedy) połowę mnie, nie wiem, jak zareaguje na pewne rzeczy. On nie zna mnie, ja nie znam jego. Przez pierwsze 2 tygodnie nawet nie merdnął ogonem. Jednak chyba wiedział, że z nami nie będzie źle, bo micha była, spacerki ile dał radę, nawet za uchem podrapali. Dlatego był spokojny i dał zrobić ze sobą wszystko. Po miesiącu się przełamał. Już był nasz. Wiecie, jaka to ogromna satysfakcja?

Moro pomimo spokojnego charakteru był jednak wyzwaniem. Typowy owczarek – „mój teren jest mój i na nim rządzę i jedynie moja łaska sprawia, że tu możesz przebywać”. Król osiedla, żaden inny pies jego wielkości nie mógł do niego podejść (w przeciwieństwie do suczek i szczekaczy mniejszych od niego). Kupiliśmy mu kaganiec, to skubaniec nauczył się nim bić. Do mieszkania wpuszczał, owszem, ale nie wolno go było dotknąć, bo zaraz prezentował swoje porcelanowe zęby. Jednak zawsze był wobec nas posłuszny, a jak nie było nikogo poza nami to pokazywał naturę pluszaka – „masz mnie i miziaj”. I jego gabaryty wcale nam nie przeszkadzały.

Tak to mniej więcej wyglądało. Prawda, że malutki? :P

Podróż za Tęczowy Most


Wszystko było cudownie póki Moro nie dostał zapalenia pęcherza. Dostał leki, wyzdrowiał, ale z dnia na dzień był tak jakby bardziej przygaszony. Tylną lewą łapą powłóczył do krwi. Nie pasowało nam to, więc znów pojechaliśmy do weterynarza. Pieniądze uciekały nam jak imigranci do Europy. To nie było ważne, chcieliśmy, by pies pocieszył się jeszcze życiem. Niestety – diagnoza guza mózgu. Pies nieoperacyjny, za stary. Szukałam jeszcze dla niego alternatywy, ale nie było, za to Moro z dnia na dzień był coraz słabszy. Lewe oko nie skupiało uwagi. Nie był w stanie pożegnać się z Prawie-Mężem, gdy wychodził do pracy (Prawie-Mąż, nie Moro). Spacery tylko na siku i z powrotem. Wyjście było jedno i to ledwie po pół roku mieszkania z nami... 

Przeżyć śmierć przyjaciela to straszna rzecz, ale wiem, że nie było innego rozwiązania. Ale wiecie co? Nie żałuję tego do dziś. Dałam psiakowi pół roku dostatniego życia, poczucie bezpieczeństwa, ciepły kąt i pełną michę. A on odpłacił się taką miłością, że nawet sobie nie wyobrażałam.

Warto było... i jest


Dlaczego to piszę? Trochę, by uzmysłowić z czym wiąże się podjęcie takiej decyzji. Wzięcie psa ze schroniska musi być naprawdę dobrze przemyślane. Owszem, to szlachetne, ale jednak wiąże się z pewnymi konsekwencjami:
1.     Wszystkie psy mają tam swoją historię, często wypełnioną okrucieństwem ze strony ludzi. Dlatego dobrze mieć świadomość, że psychika psa może być nieco inna niż tego wziętego z hodowli i potrzeba będzie dużo pracy, by się do was przekonał.
2.    Posiadanie psa to też koszty, szczególnie gdy weźmie się staruszka. Karma, szczepienia, weterynarz... To także ewentualne zniszczenia w domu.
3.    Pies organizuje życie. Trzeba chodzić na spacery, długo nie zostawiać samego w domu, dokładnie planować każdą podróż. Nagle stajesz się odpowiedzialny i nie można się z tego ot tak wycofać. 

Najgorsze w całym procesie adopcyjnym było… postanowienie, że będę miała psa. I wtedy się zaczęło: „Jesteś na studiach, nie dasz sobie rady pogodzić psa z obowiązkami”, „a po co Ci dodatkowy problem, masz teraz czas, baw się”, „nigdzie nie wyjedziesz, a jesteś młoda, podróżuj!”, „nie lepiej kota? On się sam sobą zajmie chociaż”... I tak dalej, i tak dalej… Tak jakby nagle cały świat przyjął sobie za cel odwiedzenie mnie od tego pomysłu.
Guzik z pętelką! Owszem, pies to odpowiedzialność, to poświęcenie skrawka czasu na spacer i na zabawę z nim, ale to też morze miłości i poczucie, że zawsze ktoś na ciebie czeka. A podróże? A wolny czas? Serio, można wszystko ustawić tak, że da się pogodzić. Ludzie jakoś dzieci sobie robią, a też generują podobne problemy. ;) Takie gadanie to można sobie wsadzić daleko w… kieszeń na przykład.

Jeśli chcesz mieć psa, warto przemyśleć, czy nie zmienić losu jednego schroniskowca. W moim przypadku miejsce Moro wypełnił Porter – kolejna znajda, kolejny owczarek, tylko że jamniczy, kolejne wyzwanie (pozdrowienia dla Klaudii i Grześka, pierwszych rodziców Portera z DT :) ). I już wiem, że znów warto było!

Prawda, że Portuś jest mega fotogeniczny?

7 komentarzy:

  1. Coś wspaniałego, wspaniała, wzruszająca historia, jak ja się cieszę, że są jeszcze takie osoby, które swój czas potrafią poświęcić dla innej istoty, która dużo już przeżyła. Przepiękne !

    antypatycznie.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czuję się bohaterem, raczej moja historia miała zainspirować innych do podobnych działań :)

      Dzięki, wpadnij jeszcze kiedyś!

      Usuń
  2. Muszę przyznać, że też się wzruszyłam :D My też myślimy o psiaku i kotku, kotek będzie pierwszy, bo póki co metraż i zagracenie mieszkania (niestety nie da się z tym, póki co nic zrobić) nie są zbytnio odpowiednie dla psiaka. No i praca na trzy zmiany... To też nie pomaga. Ale ja już sobie postanowiłam i sobie to wszystko z mężem poukładam :D Żyję siedem lat bez zwierząt we Wrocławiu i za nimi straszliwie tęsknię, także... :D :D :D To tylko kwestia czasu ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wytrzymałam 4 lata. I tak długo jak na mnie.
      Jak mi ktoś powiedział - lepiej nawet te 10h w domu nisz 24 w boksie, także warto :) I da się, mój też miał pracę na 3 zmiany, mnie w domu nie było i jakoś Porter mocno na tym nie ucierpiał :)

      Usuń
  3. Jestem pełna podziwu dla Ciebie i ludzi takich jak Ty! Trzeba mieć dużo odwagi aby podejmować takie decyzje. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. dokładnie ! jestem za adopcjami ze schronisk czy fundacji. Tam czeka wiele zwierzaków (kotów i psów) które tylko czekają na kochających ale też odpowiedzialnych opiekunów :) sama mam już 6 letniego kocurka ze schroniska i to była najlepsza rzecz jaką mogła zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Miesiąc temu adoptowałam psa ze schroniska i bardzo się cieszę :). Decyzja nie była trudna - to jakoś spadło na mnie jak grom z jasnego nieba ;). Przykro, że Twoja pierwsza historia tak się skończyła, ale psiak przynajmniej miał poczucie bezpieczeństwa i opieki!

    OdpowiedzUsuń