niedziela, 20 września 2015

Jak przetrwać nauki przedmałżeńskie i nie zwariować?

Mam Prawie-Męża. Mimo iż jeszcze przed nami kawał czasu, to już przygotowujemy się na jeden z ważniejszych dni w naszym życiu. W końcu organizacja ślubu i wesela na odległość to nie przelewki. Zanim jednak wyznamy sobie miłość na ślubnym kobiercu, a potem "już przyniosą setkę z mielonym", czeka nas wiele spraw do załatwienia. W tym przez jednych znienawidzone, przez innych oczekiwane - nauki przedmałżeńskie, które ostatnio przeżyłam i (na szczęście) mam już za sobą. Naprawdę można przy tym zwariować, o ile nie zmienisz do tego swojego nastawienia.

Szczególnie, jeśli postanowisz poświęcić na to cały wolny weekend. Niestety z racji specyfiki pracy i niedoboru wolnego czasu zdecydowaliśmy się na szybką wersję kursu przedmałżeńskiego. Po 12 godzinach zajęć o bardziej lub mniej praktycznych stronach małżeństwa w imię Boga ma się kaszkę z mózgu, a jedyna myśl to "dlaczego się na to zgodziłam?". Z drugiej strony UFF – mam to już za sobą i można powiedzieć, że jestem specjalistką od małżeństwa!

Show must go on

Zaczęliśmy w piątek po południu. Wchodzimy do specjalnie wynajętej sali rodem z PRL-u (wiesz, arcywygodne krzesła, zimne mury, "panele" na ścianach, aby nieco ocieplić atmosferę wewnątrz, sprzęt audio pamiętający dzieciństwo naszych dziadków i tak dalej). Zajmujemy strategiczne miejsca z racji, że przyszliśmy jako druga para (ach ta nadgorliwość). Sala powoli się wypełnia, jest nieźle – nie będziemy na linii ognia pytań. Światła lekko przygasają, it's show time! 
 
Zza filaru, powiedzmy "na scenie" pojawia się para. Facet muśnięty siwizną i kobieta, której na pierwszy rzut oka dałabym z 25 lat (jak się potem okazało - + spory VAT). To z nimi mamy się uczyć przez najbliższe 2 dni, jak mamy ze sobą wytrzymać całe życie.

Jedno jest pewne – mieliśmy szczęście. W czeluściach internetów można odnaleźć relacje, w których to dziwne panie wmawiają ponoć jedyną słuszną drogę życia zaglądając narzeczonym latarką i lupą do łóżka. Trochę się tego z Prawie-Mężem baliśmy, ale nie trafiliśmy ani na moher-commando, dla którego ideał mężczyzny to pewien ojciec-redemptorysta z Torunia, ani na małżeństwo, które jest po ślubie 3 lata i ma "taaaaaaakie" doświadczenie w związku. Para prowadząca miała za sobą ponad 30 lat małżeństwa, do tego mieli bardzo ludzkie podejście do życia i wiele doświadczeń, o których opowiadali. W końcu prowadzili nam kurs PRZECIWmałżeński, jak twierdzili. Takie tam śmieszki-heheszki.

Inną część nauk prowadził ojciec-dominikanin, który tłumaczył poszczególne elementy mszy świętej dla małżonków jak chłop krowie na miedzy, co akurat było bardzo przydatne. W ramach zajęć puścił nam Rammsteina (ale nie to co myślicie, bezbożnicy! ;) ) Oczywiście nie obyło się bez tematu seksu i planowania rodziny – od tego mieliśmy specjalistę od naprotechnologii (tak, trudne, dziwne słowo, sprawdź o co chodzi), który jak dla mnie aż za bardzo zagłębił się w te (nie ukrywajmy) intymne sprawy. Mimo wszystko takie rzeczy powinny być tłumaczone w poradni indywidualnie, a nie wśród 25 par. Tak wiem, wszyscy jesteśmy duzi, ale w tym przypadku nie jestem w stanie stwierdzić, kto na sali był bardziej bordowy – kobiety czy mężczyźni.

Jak to przetrwać?

Chcesz wziąć ślub kościelny ze swoją drugą połówką? Tak, to musisz to przeżyć i nie ma zmiłuj. Jednak jak to przetrwać? Ujmę to w dwóch słowach – po prostu. Nie spinaj się, nie nastawiaj negatywnie i nie rób z tego tragedii o rozmiarze żałoby narodowej. Wiem to po sobie – nie byłam zachwycona perspektywą spędzenia cudownego, słonecznego weekendu z ludźmi, którzy będą mi mówić, jak mam żyć z własnym Prawie-Mężem. Mimo iż wyszłam po kursie mocno zdołowana (serio, po przedstawieniu ilości problemów, jakie mogą czekać po zamążpójściu powoduje opad wszystkiego, co masz), to dało mi sporo do myślenia. W czasie nauk przedmałżeńskich można znaleźć sporo wskazówek, które mogą się przydać Wam w przyszłości (nawet jeśli trafi się prowadzący o radykalnych poglądach ;) ).
 
Poza tym? Rozbijcie nauki przedmałżeńskie na dłuższy czas. Warto zrobić je wcześniej niż miesiąc przed ślubem, bo tak skumulowane zajęcia jak nasze weekendowe są dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. ;) Właściwie co parafia, to różne opcje kursów do wyboru, warto pochodzić i popytać po okolicznych kościołach. 
I co najważniejsze, pamiętaj - nie wy pierwsi i nie ostatni!

13 komentarzy:

  1. Fajnie, że w koncu ktoś stworzył tekst ktory nie straszy przed wzięciem udzialu w naukach :)) Miła odmiana w zalewie tekstòw straszących przed tym przedsięwzięciem! No i Rammstein na katolickich naukach- to i tak jest coś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można powiedzieć, nie taki diabeł straszny jak go malują :D

      Usuń
  2. Bardzo pomocny post, kochana! :D Naprawdę świetny. I w dodatku te Twoje porównania, które mnie rozwalają <3 Cudo!

    Pozdrawiam serdecznie,
    Mona Te [Blog]

    OdpowiedzUsuń
  3. O, myśmy to przerabiali na początku roku, w Kielcach - weekendowo. I było bardzo fajnie, tyle że tam był tylko kurs taki prowadzony przez księży, a poradnię załatwiliśmy dodatkowo w dwa spotkania. Ani w jednym, ani w drugim miejscu nikt nie naruszał naszej prywatności na szczęście, odbyło się bez dziwnych teorii (w większości się obyło, ale i tak byłam pod wrażeniem). Co ciekawe, w moim rodzinnym mieście przy kościele, gdzie braliśmy ślub, pani oczekiwała spotkań w samej poradni co miesiąc, żeby przeanalizować prowadzony przez nas (!) kalendarzyk z wykresami itd. (kto przerabiał, ten wie :D ) oraz robiła test + prowadziła indeks. Taki jak na studiach :D Oczywiście tam nie poszliśmy, mieszkamy w innym województwie - ale jak zapytałam pani, czy jest szansa na to, żeby zrobić to w krótszym terminie, bo my jesteśmy dojazdem w mieście, to odpowiadała, że widać nie powinniśmy brać ślubu, skoro nie mamy czasu na prowadzenie kalendarzyka. Takie buty :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brrr, właśnie mam nadzieję, że ksiądz uzna zajęcia z naprotechnologii (ponoć sporo się zgadza na to!) i nie będę musiała bawić się w kolorowanki w kalendarzyku... ;) My też bierzemy ślub na odległość, zobaczymy, co się będzie działo :D

      Usuń
  4. Nauki przedmałżeńskie uwazam za ciekawe, przynajmniej u nas takie były. Milo wspominam również 3 wizyty w poradni. W sumie niczego nowego sie nie dowiedzialam, ale było fajnie. Nie wiem czy we wszystkich parafiach obowiazkowy jest dzien skupienia dla narzeczonych, u nas byl i to byla dla mnie jedna wielka porazka. Spotkanie rozpoczynało sie mszą, a potem nastepowala dluga pogadanka o wszystkim i niczym. Tematy zostaly powieline z nauk i w moim odczuciu byla to tylko zapchaj dziura. Moze w innych parafiach wyglada to inaczej ale tam gdzie ja byłam, wymeczyłam się za wszystkie czasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też słyszałam o dniach skupienia, ale nie wszędzie jest obowiązek ich "odbębnienia". Mówiąc szczerze u nas nigdy czegoś takiego nie słyszałam, aby robiono, więc jest spora szansa, że nas to minie :D

      Usuń
  5. Czyli okazuje się, że niekoniecznie jest najgorzej ;) Przede mną za kilka miesięcy nauki, ale na pewno będą weekendowe- właśnie ze względu na tryb pracy. Mam jednak zamiar podejść do nich na luzie i bez spinki, no bo w końcu nie jest to nic strasznego - a skoro przejść trzeba, to potraktuję jak wykłady na studiach zaocznych :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni ;) Oby Wam się trafiły tylko wygodniejsze krzesełka!

      Usuń
  6. Na nasze nauki szliśmy jak na ścięcie, ale trzeba było odhaczyć ten nie zawsze przyjemny obowiązek. Wybraliśmy nauki wieczorne w duszpasterstwie akademickim. Zakonnicy na co dzień współpracują z młodzieżą, są na bieżąco, więc obyło się bez "moherowych wykładów". 3 wieczory raz dwa minęły. Kolejna część - poradnia rodzinna i kalendarzyk. Tego obawialiśmy się najbardziej. Miesiąc wcześniej koleżanka brała udział w naukach w innej parafii i nasłuchałam się jak to wygląda. Nakazy, zakazy, pranie mózgu, prowadzące 70+, stres, a na koniec egzamin z wypełnionego kalendarzyka. Oliwy do ognia dolał fakt, że pani, z którą my mieliśmy się spotkać miała na imię Łucja. Skojarzyło nam się to właśnie z panią 70+...
    Miłe zaskoczenie, pani max 40 lat, z dobrym nastawianiem. Jej celem było nam pokazać jak kalendarzyk działa, o co w tym chodzi, a co my z tą wiedzą zrobimy to już nasza sprawa. Nawet nie musieliśmy wypełniać własnego, a po miesiącu wrócić na odpytywankę. Jedno spotkanie wystarczyło - uzupełniło się zeszyt ćwiczeń, porozmawiało, wzięło zaświadczenie i po sprawie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Egzamin z kalendarzyka? :D Aha, czyli jak się wpadnie to niezaliczone? :D
      To zazdroszczę, to jeszcze przed nami. Jeśli naprotechnologia mnie zwolni, to chwała ;D a jeśli nie - będzie następny wpis! :)))

      Usuń